sobota, 11 sierpnia 2012

Lekcja geografii wg Nowego Orleanu


Na obrazku poniżej zakreślony kontur miasta Nowy Orlean, widoczna część to strona rzeki (riverside), u góry, niewidoczna, to strona jeziora (lakeside). Nikt tutaj nie używa kierunków geograficznych tylko właśnie tych nazw. Północ - jezioro (lakeside), południe - rzeka (riverside), wschód – centrum miasta (downtown) no i zachód – w górę miasta (uptown).

Dodatkowo, co dziwniejsze miasto leży tu na wschodniej stronie rzeki (eastside), a miasteczka poniżej rzeki to zachodni brzeg (westside) . Tak więc patrząc na obrazek to wg tutejszych to jedynka (1) to wschodnia strona, a trójka (3) zachodnia strona – dość mylące, czyż nie ?

A wszystko to wg biegu rzeki Missisipi. 

Wracając do obrazka:
1 - centrum miasta (downtown) z przyległą dzielnicą francuską (French Quarter),
2 - część miasta, gdzie najczęściej przebywamy (uptown),
3 - zachodni brzeg rzeki Missisipi.

P.S. Czerwona strzałka to miejsce gdzie obecnie mieszkamy, czerwona kropka ponad dwójką to miejsce gdzie będziemy mieszkać od września.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Co łączy Nowy Orlean ze Szwajcarią ?

Jedynym wspólnym mianownikiem jest chyba tutaj ilość dziur – tu w drogach (obrazek), tam w serze. Każdy narzeka na Polskę, gdzie od kilku lat sytuacja znacznie się poprawia, a tu proszę nie trzeba tak daleko patrzeć. Tylko na kilku główniejszych ulicach można się normalnie rozpędzić i nie wjechać w dziurę. Na szczęście miasto nie jest takie duże, a i my dużo nie musimy tu jeździć. Szczerze to jeszcze takiego stanu drug tutaj w Stanach nigdzie nie widziałem, i to nie jest skutek Katriny. 


Pierwsze wzloty i upadki


Początki. One nigdy nie są ani łatwe ani przyjemne. Nowe miejsce trzeba poznać, polubić, oswoić. Ułożyć go po swojemu. Zawrzeć nowe znajomości. Znaleźć „swoje” sklepy. A to wymaga czasu. Bilans jednak nie wygląda tak źle. Pierwsze wzloty i upadki za nami. Ad rem, najpierw...

MINUSY:
  • Zgubienie kierunkowskazu (patrz: wpis i zdjęcie niżej);
  • Gorąco, gorąco, gorąco;
  • Wilgotno, wilgotno, wilgotno;
  • OKROPNIE (!!!) gorąco i wilgotno (35 stopni C + wilgotność 100%);
  • Bolesny i dosłowny upadek na rowerze w kałużę (więcej wstydliwych szczegółów pominę);
  • Szukanie nowego mieszkania od września (czynność wyjątkowo niemiła i powodująca ból głowy: najpierw szukanie, potem umawianie, wreszcie oglądanie, po czym wypełnianie aplikacji gdzie ważna jest praca, zarobki i rekomendacje, gdzie patrzą na nas jak na wariatów – dziwny akcent i mało kredytów – i gdzie, niestety, zdarzają się prawdziwe świry, które – uwaga – po wypełnieniu tego wszystkiego dzwonią po informacje dodatkowe);
  • Dziwne owady i insekty w jakiś monstrualnych rozmiarach (wszystko jest tu większe, bardziej spasione i rozwinięte), wychodzące na zewnątrz zwłaszcza wieczorem, tudzież nocą;
  • Okropne dziury na ulicach (gorsze niż na Brzeżance przed remontem!) – będzie o tym wkrótce osobna notka z dokładną ilustracją kilku głównych ulic miasta;
  • Podatek stanowy i podatek miejski dodawany do każdego zakupu/usługi/jedzenia, wyższy niż w NJ i prawie tak samo wysoki jak w Nowym Jorku;
  • Brak internetu.
     Obite kolano w dwóch wersjach kolorystycznych ;)

PLUSY:
  • Nasze obecne mieszkanie!!!;
  • Nasza obecna okolica czyli tzw. Uptown;
  • Absolutnie wyjątkowa architektura: mieszanka stylu francusko-hiszpańsko-niemiecko-kreolsko-amerykańskiego (tak samo skomplikowana jak dzieje tego miasta) oraz przepiękne kościoły, z których słuchać głośne bim-bom! roznoszące się dostojnie i spokojnie po mieście (a propos kościołów – my mieszkamy koło gotyckiego, a raczej neogotyckiego St. Stephen Church na Napoleon Avenue budowanego przez niemieckich kolonistów w latach 1868-1887) – o architekturze będzie oczywiście osobna i nie jedyna notka, zwłaszcza po zakupieniu przeze mnie w sobotę: „New Orleans Streets: A Walker's Guide to Neighborhood Architecture”;
  • Jedzenie, jedzenie, jedzenie!!!
  • Kafejki, restauracje, jadłodajnie, bary, knajpy, bistra, „dinery” we wszystkich odmianach!;
  • Pyszna, wyjątkowa kuchnia nowoorleańska z niesamowitą gamą owoców morza i ryb słodkowodnych (otaczają nas wszak bagna i potężna rzeka Missisipi) oraz smakowite, świeże i dorodne owoce i warzywa;
  • Lokalne piekarnie i „bulanżerki” (np. „La Boulangerie” na Magazine Street), w których można kupić bagietki, croissanty i chleb na zakwasie (po odpowiednich cenach oczywiście ;) oraz inne cudeńka, typu wielkie i smakowite kanapki z serem brie - mniam;
  • Pyszna kuchnia ze wszystkich stron świata – do wyboru do koloru, również cenowo: bywa b. drogo (omijamy) i szalenie przystępnie – tam bywamy!;
  • Klimatyczne sklepy z mydłem i powidłem oraz prowansalskim zapachem (cokolwiek to znaczy ;) i oczywiście stylem;
  • Potężne natężenie hipsterów na metr kwadratowy = temu na Brooklynie (na marginesie: NOLA to obecnie nr 4 jeżeli chodzi o hipsterskie miasto ;);
  • Muzyka na – dosłownie – każdym rogu;
  • Ciekawe życie nocne – w ciągu dnia miasto chowa się w upale za drewnianymi okiennicami, przy klimatyzacji i wiatrakach, ożywa wieczorem i nocą zapełniając się ludźmi (my jednak jesteśmy zbyt umęczeni upałem i gorącem by z tego korzystać, zasypiamy niedługo po 22, poważnie);
  • Wszędzie i szybko da się dojechać rowerem, jest sporo tras i dość bezpiecznie;
  • Znalezienie (tfu, tfu, tfu! przez lewe, prawe i jeszcze raz lewe ramię) mieszkania (dzisiaj mają dać nam znać, trzymajcie kciuki!);
  • Pierwsi bułgarscy koledzy: Iwo i Ilian – poznani w niedzielne, późne popołudnie w Lebanon Cafe;
  • Brak internetu!

A żeby nie być gołosłowną oto kilka zdjęć:

 Od lewej u góry: crabmeat and eggplant stack (krab z bakłażanem), thick fried catfish (smażony sum), the seafood platter (owoce morza: krewetki, ostrygi, krab i sum - wszystko smażone) oraz falafelki (kulki z ciecierzycy) z pitą, winem i libańską herbatą z róży i orzechami - na samą myśl znowu jestem głodna...

Pyszne śniadanie w najbardziej hipsterskim dinerze jaki znam, czyli Slim Goodies Diner z dolewką kawy na życzenie i przy dźwiękach muzyki, której nie potrafię nazwać. Na talerzu omlet z grubym kawałkiem żółtego sera oraz meksykańska jajecznica z czarną fasolką, awokado, smażonymi bananami i tortillą.

W naszej kuchni chleb - marzenie - na całe "danie" wystarczy kromka, masło i świeże pomidory - można jeść z rozkoszą, na okrągło, cały dzień.

NOWI BUŁGARSCY KOLEDZY: Iwo i Ilian - jest jedzenie, jest wino, jest zabawa ;)

C.D.N.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Szybki bilans przejazdu


Przejechane 1360 mil (2189 kilometrów) w 23 godzin, czyli tak jak przewidziało Google, po drodze zatankowane 4 zbiorniki paliwa po 14 galonów (53 litry). Z nieplanowanych wydarzeń to strata części karoserii samochodu – przedni kierunkowskaz został gdzieś na autostradzie w Alabamie (obrazek), reszta części nadal trzyma się tzw. „kupy”. W tle obrazka jezioro Pontchartrain na północy Nowego Orleanu, jezioro nie takie małe bo przeciwległego brzegu nie widać. Przez sam środek jeziora z południa na północ wiedzie około 30 kilometrowy most łączący oba brzegi – obrazki z mostu może w późniejszym terminie.


sobota, 4 sierpnia 2012

Z drogi ...


Przejazd przez znaczną część Ameryki nie okazał się ani trudny ani ekscytujący. Jadąc przez New Jersey, Pensylwanię, Maryland i Zachodnią Virginię (oba stany tylko przez małe odcinki), Virginię, Tennessee, Georgie (30 minut), Alabamę, Missisipi, a następnie wjeżdżając prosto do Nowego Orleanu w Luizjanie było dość monotonne. Przepraszam jeśli coś pominęliśmy i nie potrafiliśmy tego docenić. W Virginii zbaczając z głównej autostrady przejechaliśmy trasą widokową Skyline Drive wiodącą przez park narodowy Shenandoah, ciągnący się szczytami południowej części Appalachów, widoki bardzo przypominały polskie Bieszczady, tylko jakoś droga lepsza (obrazek). Jednym z niewielu ekscytujących momentów tej przejażdżki było zobaczenie na drodze czarnego niedźwiedzia, a właściwie niedźwiadka, miał może z 50cm wysokości i był bardzo chudy, to nie taki misiu jak się na filmach widzi, raczej przypominał małpę. Na tyle był sprawny, że uciekł zanim złapaliśmy go na zdjęciu, za to umieszczamy bardzo fotogeniczną sarnę. 


 
Na południu Virginii jest kolejna trasa widokowa, Blue Ridge Parkway, tą część trasy pokonywaliśmy nocą, więc znacznie łatwiej było to zrobić jadąc autostradą. Drugiego dnia zaczynając w Tennessee, gdzie kończą się Appalachy i jest bardzo ładnie, nie spodziewając się niczego lepszego kontynuowaliśmy jazdę prostą, szeroką i darmową autostradą (na całej trasie opłaty skończyły się w New Jersey) dojeżdżając wieczorem tego samego dnia do Nowego Orleanu.

Wyjazd


Wyjeżdżamy z domu lekko załadowanym samochodem, miejsca w samochodzie jeszcze dużo, nie mniej jednak dziwnie obciążony wygląda (obrazek). Może dobrze to nie wyglądało, ale naprawdę nieźle się jechało, chyba można było go jeszcze go doładować – jakąś polską kiełbasą :)


Jesteśmy podłączeni

Minął tydzień od naszego przyjazdu do NOLA i w końcu otworzyło nam się okno na świat – mamy internet :) niestety nie za szybki i często zrywa połączenie :(
Prawdę pisząc podłączaliśmy się korzystając z każdej możliwej okazji (kafejki, odblokowane sieci wi-fi, praca), ale po to aby sprawdzić aktualne wiadomości z kraju i ze świata, a także pocztę, a nie po to aby uaktualniać powyższego bloga. Teraz jest więc czas, aby opisać nasze poczynania zaczynając od dnia wyjazdu.