Początki. One nigdy nie
są ani łatwe ani przyjemne. Nowe miejsce trzeba poznać, polubić,
oswoić. Ułożyć go po swojemu. Zawrzeć nowe znajomości. Znaleźć
„swoje” sklepy. A to wymaga czasu. Bilans jednak nie wygląda tak
źle. Pierwsze wzloty i upadki za nami. Ad rem, najpierw...
MINUSY:
Zgubienie
kierunkowskazu (patrz: wpis i zdjęcie niżej);
Gorąco, gorąco,
gorąco;
Wilgotno, wilgotno,
wilgotno;
OKROPNIE (!!!) gorąco
i wilgotno (35 stopni C + wilgotność 100%);
Bolesny i dosłowny
upadek na rowerze w kałużę (więcej wstydliwych szczegółów
pominę);
Szukanie nowego
mieszkania od września (czynność wyjątkowo niemiła i powodująca
ból głowy: najpierw szukanie, potem umawianie, wreszcie oglądanie,
po czym wypełnianie aplikacji gdzie ważna jest praca, zarobki i
rekomendacje, gdzie patrzą na nas jak na wariatów – dziwny
akcent i mało kredytów – i gdzie, niestety, zdarzają się
prawdziwe świry, które – uwaga – po wypełnieniu tego
wszystkiego dzwonią po informacje dodatkowe);
Dziwne owady i
insekty w jakiś monstrualnych rozmiarach (wszystko jest tu większe,
bardziej spasione i rozwinięte), wychodzące na zewnątrz zwłaszcza
wieczorem, tudzież nocą;
Okropne dziury na
ulicach (gorsze niż na Brzeżance przed remontem!) – będzie o
tym wkrótce osobna notka z dokładną ilustracją kilku głównych
ulic miasta;
Podatek stanowy i
podatek miejski dodawany do każdego zakupu/usługi/jedzenia, wyższy
niż w NJ i prawie tak samo wysoki jak w Nowym Jorku;
Brak internetu.
Obite kolano w dwóch wersjach kolorystycznych ;)
PLUSY:
Nasze obecne
mieszkanie!!!;
Nasza obecna okolica czyli tzw. Uptown;
Absolutnie wyjątkowa
architektura: mieszanka stylu
francusko-hiszpańsko-niemiecko-kreolsko-amerykańskiego (tak samo
skomplikowana jak dzieje tego miasta) oraz przepiękne kościoły, z
których słuchać głośne bim-bom! roznoszące się dostojnie i
spokojnie po mieście (a propos kościołów – my mieszkamy
koło gotyckiego, a raczej neogotyckiego St. Stephen Church na
Napoleon Avenue budowanego przez niemieckich kolonistów w latach
1868-1887) – o architekturze będzie oczywiście osobna i nie
jedyna notka, zwłaszcza po zakupieniu przeze mnie w sobotę: „New
Orleans Streets: A Walker's Guide to Neighborhood Architecture”;
Jedzenie,
jedzenie, jedzenie!!!
Kafejki, restauracje,
jadłodajnie, bary, knajpy, bistra, „dinery” we wszystkich
odmianach!;
Pyszna, wyjątkowa
kuchnia nowoorleańska z niesamowitą gamą owoców morza i ryb
słodkowodnych (otaczają nas wszak bagna i potężna rzeka
Missisipi) oraz smakowite, świeże i dorodne owoce i warzywa;
Lokalne piekarnie i
„bulanżerki” (np. „La Boulangerie” na Magazine Street), w
których można kupić bagietki, croissanty i chleb na zakwasie (po
odpowiednich cenach oczywiście ;) oraz inne cudeńka, typu wielkie
i smakowite kanapki z serem brie - mniam;
Pyszna kuchnia ze
wszystkich stron świata – do wyboru do koloru, również cenowo:
bywa b. drogo (omijamy) i szalenie przystępnie – tam bywamy!;
Klimatyczne sklepy z
mydłem i powidłem oraz prowansalskim zapachem (cokolwiek to znaczy
;) i oczywiście stylem;
Potężne natężenie
hipsterów na metr kwadratowy = temu na Brooklynie (na marginesie: NOLA to obecnie
nr 4 jeżeli chodzi o hipsterskie miasto ;);
Muzyka na –
dosłownie – każdym rogu;
Ciekawe życie nocne
– w ciągu dnia miasto chowa się w upale za drewnianymi
okiennicami, przy klimatyzacji i wiatrakach, ożywa wieczorem i nocą zapełniając się ludźmi (my jednak jesteśmy
zbyt umęczeni upałem i gorącem by z tego korzystać, zasypiamy
niedługo po 22, poważnie);
Wszędzie i szybko da
się dojechać rowerem, jest sporo tras i dość bezpiecznie;
Znalezienie (tfu,
tfu, tfu! przez lewe, prawe i jeszcze raz lewe ramię) mieszkania
(dzisiaj mają dać nam znać, trzymajcie kciuki!);
Pierwsi bułgarscy koledzy: Iwo
i Ilian – poznani w niedzielne, późne popołudnie w Lebanon Cafe;
Brak internetu!
A żeby nie być
gołosłowną oto kilka zdjęć:
Od lewej u góry: crabmeat and eggplant stack (krab z bakłażanem), thick fried catfish (smażony sum), the seafood platter (owoce morza: krewetki, ostrygi, krab i sum - wszystko smażone) oraz falafelki (kulki z ciecierzycy) z pitą, winem i libańską herbatą z róży i orzechami - na samą myśl znowu jestem głodna...
Pyszne śniadanie w najbardziej hipsterskim dinerze jaki znam, czyli Slim Goodies Diner z dolewką kawy na życzenie i przy dźwiękach muzyki, której nie potrafię nazwać. Na talerzu omlet z grubym kawałkiem żółtego sera oraz meksykańska jajecznica z czarną fasolką, awokado, smażonymi bananami i tortillą.
W naszej kuchni chleb - marzenie - na całe "danie" wystarczy kromka, masło i świeże pomidory - można jeść z rozkoszą, na okrągło, cały dzień.
NOWI BUŁGARSCY KOLEDZY: Iwo i Ilian - jest jedzenie, jest wino, jest zabawa ;)
C.D.N.